wernisaż: 30.06 (piątek), godz. 19.00, czas trwania: 30.06 – 11.07.2017

To już kolejna wystawa Stanisława Kroszczyńskiego, którą możemy oglądać na przestrzeni ostatnich kilku lat. Jednak aby odnieść się do obecnie prezentowanych prac chciałbym się cofnąć do wcześniejszej ekspozycji, którą miałem przyjemność oglądać w 2009 roku na warszawskim Żoliborzu.

I nie chodzi mi tu o tak lubiane i „wygodne” dla opisującego pojęcia typu: rozwój, krok do przodu, czy metamorfoza. Nie. Wręcz przeciwnie. W tym przypadku chodzi o konsekwencję duchową autora, ciągłość myślową wynikającą z dystansu do otaczającej nas rzeczywistości, ale i do samego siebie. Bo Staszek jest człowiekiem skromnymi, asertywnym, nie szastającym pochopnymi opiniami. To samo widać w jego pracach. Czy jest to malarstwo przedstawiające (wystawa z 2009 roku), abstrakcyjne, surrealistyczne, czy fotografie „rzeczy pomarańczowych”, „cieni”, „odbić w szkle” mamy do czynienia z przemyślanym działaniem. Bo nawet ślad maźnięcia pędzlem, kreska z gestu, czy rozlewająca się plama czerwonej farby są dopracowane w najmniejszym szczególe. Spontaniczne, trafione za pierwszym razem, ale jeżeli nie satysfakcjonują autora – uzyskane po wielu próbach, aż do skutku. To wysublimowanie wynika z pedantyzmu, zamiłowania do odkrywania nowych możliwości technologicznych, ale przede wszystkim stabilności życiowej Staszka. Bo obrazy w jego przypadku nie powstają same dla siebie. Nie są rutyną wynikającą np. z sentymentu do jego mistrza z czasów studenckich prof. Jerzego Tchórzewskiego i konieczności malowania żeby „było wiadomo, że maluję”, czy bezpośrednich inspiracji innymi mistrzami. Owszem można się w nich dopatrzeć ducha albo Hockneya,  Hoppera, de Chirico, Magritte’a, bądź Arcimboldo, ale tylko  w postaci „subtelnej mgiełki” świadomie przetworzonej, przecedzonej, mającej raczej wpływ na „kulturę wyobraźni” Staszka, a nie na bezpośrednie nawiązanie w twórczości. Obrazy, zdjęcia są bowiem w jego wypadku swoistym dziennikiem, pamiętnikiem. Wizualną notatką myśli, nastrojów, komentarzy do sytuacji. Tu wracam do formy wypowiedzi malarskiej. Nie ważne jak, realistycznie czy abstrakcyjnie, ważne żeby efekt, przekaz końcowy był dla artysty donośny w swojej skuteczności niczym bicie dzwona. Skończony obraz jest dla Staszka niczym lustro, w które może spojrzeć  z zaufaniem, z podniesioną głową. I nie ma znaczenia, czy w tym odbiciu będzie uśmiechnięty, czy niewyspany po ciężkiej nocy. Ważne żeby to spojrzenie było prawdziwe.

Utarło się, że obrazy powinno się oglądać z daleka, ale w tym przypadku widz powinien skonfrontować się z tymi pracami twarzą w twarz. I nie chodzi tu jedynie o przestudiowanie wcześniej wymienionych subtelnych szczegółów, niuansów, prawie niewidocznych muśnięć, ale o niespodziankę, która na niego czeka. Tą niespodzianką są tytuły. Na tyle przewrotne, osobiste i sugestywne w swoim komentarzu, że obraz, który przed chwilą wydawał nam się piękny, wręcz nieskazitelny w swoim wysmakowaniu,  zaczyna budzić w nas obojętność, a czasem niechęć. I odwrotnie.

I tak w wyważony sposób poznajemy autora, który tym krótkim sygnałem, hasłem poddaje nasze umysły zaskakującej próbie poszukiwania czegoś innego niż się spodziewaliśmy, czegoś własnego, czegoś, co nigdy do końca nie zostanie przez nas odkryte. Dalej są już tylko smoki*.

Łukasz Rudnicki

 

*Kiedy kartografom kończy się mapa, piszą: dalej są już tylko smoki.
Al Idrisi ok. 1154 r. (kartograf arabski)

 

 


 

Stanisław Kroszczyński

Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie; uzyskał dyplom w dziedzinie grafiki warsztatowej w pracowni profesora Rafała Strenta, studiował malarstwo w pracowni profesora Jerzego Tchórzewskiego. Mieszka i pracuje na Żoliborzu. Uprawia malarstwo, fotografię oraz rysunek olejny.