wernisaż: 20.05 (piątek), godz. 19.00, czas trwania: 20.05 – 8.06.2016

 

Wołanie z Martwej Fali Łukasza Rudnickiego / Arkadiusz Karapuda

Podczas kilkunastoletniej już znajomości z Łukaszem Rudnickim obserwowałem jego malarską i rysunkową twórczość, będącą odbiciem najbliższego otoczenia, nieco później dzieła dyskutujące z konwencją ikony aż wreszcie obrazy, które znalazły oparcie i inspiracje w tematach morskich. Od ponad dekady Łukasz portretuje żaglowce, łodzie podwodne, lotniskowce, a niekiedy niemal pustą, płaską jak stół taflę morza. Mimo to, być może przekornie, zaproponuję tezę, iż Łukasz Rudnicki nie jest marynistą. Jego malarstwo wyrasta bowiem w moim przekonaniu z postmodernistycznej praktyki konceptu, z powodu którego artysta ten niejako „wchodzi w rolę” – wznawia, nawiązuje lub nawet tworzy estetykę i wynikającą z niej formę plastyczną.

Forma jest dla autora Martwej fali czynnikiem determinującym końcowy wyraz jego dzieł. Łukasz Rudnicki, to człowiek o dużej kulturze plastycznej, wytrawny rysownik, dowcipny kolekcjoner przedmiotów rzadkich i osobliwych. Żonglując przez lata najrozmaitszymi zabiegami wizualnymi, zawsze dbał o plastyczną stronę swoich obrazów. Niezależnie od przyjmowanej strategii artystycznej zawsze operował klarownym, choć wysublimowanym kolorem, czytelnym, ale nie banalnym rysunkiem i interesującą, mocno rozbudowaną malarską materią. W najnowszym cyklu zatytułowanym Martwa fala Łukasz proponuje dziwne światło o chłodnym zabarwieniu i niepokojącej proweniencji. Precyzyjne, gęsto utkane struktury nieba i powierzchni wody, jakby zmarszczonej delikatnym wiatrem, rozświetlone zostają przez to nadrealne, wykreowane przez szereg malarsko-rysunkowych zabiegów, świecenie. Pulsujące powierzchnie, mimo całego ich piękna, są dla Łukasza jedynie pretekstem, wysublimowaną konwencją scenograficzną dla rozgrywających się w jej granicach wydarzeń.

Dla niewprawionego widza obrazy Łukasza mogą być jedynie landszaftem, abstrakcyjną, horyzontalną kompozycją o pasowej kompozycji. Jednak wyrobione oko dostrzeże niepokój wynikający nie tylko z wymyślnych zabiegów formalnych. Pomiędzy głuchą tonią martwej fali a złowrogim niebem znajdziemy bowiem pojedyncze skromne żagielki (Jeden z żagielków widzianych z kredowych skał Rugii), niszczyciele (Ja Cię kocham, a Ty śpisz), U-Booty (La maitresse des mers), a niekiedy nawet gwiazdy śmierci (Karioka – żale). Te detalicznie traktowane elementy, będące niekiedy jedynymi bohaterami obrazów Łukasza, są ściśle skorelowane z tytułami jego dzieł, stając się w ten sposób łamigłówkami interpretacyjnymi. Niezwykle istotna wydaje się w tym wypadku zwłaszcza warstwa tytułowa pozostająca raz otwartym polem dla spekulacji, a kiedy indziej zamkniętą konstrukcją myślową, niepozbawioną jednak tak charakterystycznego dla Łukasza poczucia humoru. Powstałe w ten sposób metafory są być może dalekimi echami biografii autora Martwej Fali – wytrawnego zbieracza bursztynów na plaży w Rowach. Powidoki epizodów z życia Łukasza w jego najnowszym zestawie prac znajdują według mnie odbicie zarówno na powierzchniach zamalowanych przez niego płócien, jak i we wspomnianych już przez mnie tytułach poszczególnych prac. Wymieniając choćby tylko: Ja Cię kocham, a Ty śpisz, Jak nie śpisz to też Cię nie kocham, czy Już nie czekam na Ciebie można zaryzykować próbę odczytania tych obrazów jako dalekie echa relacji autora z osobami bliskimi jego sercu, ale wciąż nieobecnymi – zarówno w obrazie, jak i poza nim. Te metaforyczne sugestie malarza nie przyćmiewają jednak całościowego wyrazu Martwej fali, który jawi się jako niezwykle wrażliwy, a czasem niemal wizyjny opis nastrojów autora zamkniętych w uniwersalnej, malarskiej formie. Tak rozumiana wypowiedź artystyczna bliska była również malarskiemu antenatowi Łukasza Rudnickiego – Casparowi Davidowi Friedrichowi. Dowcipne nawiązanie do wielkiego niemieckiego romantyka w Jednym z żagielków widzianych z kredowych skał Rugii charakteryzuje także postać samego Łukasza – wrażliwego, wołającego o pomoc z martwej fali, zaciekawionego światem – malarza.

Arkadiusz Karapuda,
Warszawa, 3.05.2016

Martwa Fala

Wystawa Łukasza Rudnickiego pt. „Martwa Fala” w Galerii Wystawa na warszawskim Żoliborzu zapowiadała się interesująco. Wiedziony falą zaproszeń internetowych i zapowiedzi pojawiających się w sieci (sic!) zdecydowałem się wybrać osobiście na wystawę tego twórcy, o którym jak fama niesie, panuje opinia, że umie mieszać pędzlem. W dniu wernisażu zanurzyłem się dyskretnie w wieczornej aurze ciepłego wiosennego miasta i wypłynąłem na spotkanie przygody. Wśród szarych murów żoliborskich kamieniczek, majestatycznie sunąłem ulicą Mickiewicza -„Canale Grande” tej zielonej krainy, aby dotrzeć do miejsca przeznaczenia — portu, do którego zawitałem pierwszy raz. Była to kameralna galeria „wystawa”, która zachęcała już z daleka ciepłym światłem sygnalizacyjnym wydobywającym się niewielkich witryn okutych stalowymi ramami, za którymi majaczyły sylwetki pierwszych gości. Kto wie, może byli to już kolejni? Niewielki tłumek kłębił się już przed samym wejściem. Nie zatrzymywałem się jednak w tym przyjaznym gronie i bez ceregieli podążyłem bezpośrednio do wnętrza, aby obejrzeć prezentację. Ledwo znalazłem się tam, poczułem momentalnie zmianę. O ile ciepły wieczór majowego dnia skłaniał się ku zachodowi i wyrażenie rozleniwiał, a wnętrze galerii widziane z zewnątrz rozświetlało szarą uliczkę, nadając jej bursztynowego blasku, o tyle to, co zobaczyłem w środku, z miejsca mnie orzeźwiło. Mógłbym powiedzieć nawet, zamroziło — co by było przesadą, niewątpliwie jednak pierwszym wrażeniem, jakiego tam doświadczyłem była różnica temperatur. I nie mam na myśli stopni Celsjusza, ale morską przestrzeń, która opanowała tę zamkniętą przestrzeń. Chłodny stalowy koloryt wszystkich obrazów niezwykle kontrastował z ciepłym otoczeniem tego akwarium. Mocna, podniosła atmosfera obrazów wołała arktyczną ciszą, na którą składały się metaliczne dźwięki okrętowe zamrożone w lodowatej krze. O właśnie, jakiś zgrzyt roznoszący się w niezmierzonych przestrzeniach zamkniętych w klasyczne ramy obrazów dał się słyszeć każdemu, kto na moment nawet przerwał konwersacje i zerknął w stronę dowolnego płótna. I nawet ściszone rozmowy, przetykane wesołymi reakcjami skrzącymi się w potoku konwersacji nie były w stanie zmienić tego wrażenia. Ten dysonans zbudowany wokół ironiczno-patetycznej opozycji wydaje mi się zabiegiem celowym i niezwykle racjonalnym. Autor prezentacji Łukasz Rudnicki świadomy swojego warsztatu, tak zbudował swoje przedstawienie, żeby na zasadzie kontrastu, jak najlepiej zabrzmiały jego „okrętowe syreny”. Jako doświadczony kapitan, który z niejednego portu pompował paliwo, wiedział, że najlepszym sposobem na zwrócenie uwagi jest ostentacyjna opozycja. Bunt na statku ? Ależ skąd. Załoga, która zawitała na pokład tego dnia była jak zwykle sympatycznie nastawiona i skora do żartów. Nikt chyba jednak nie komentował tego dnia ani obrazów, ani treści współgrających z nimi tytułów: Ja cię kocham, a ty śpisz; Orzeł; Księżniczka Leia Ostrobramska; Już nie czekam na Ciebie; Znajdę Cię, odnajdę na pewno; Mors leniwie obserwuje balon; Jak nie śpisz, to Cię już nie kocham. Aurora. Martwa Fala, Jesteś moim skarbem. Forma i treść zdawać by się mogło kompletnie abstrakcyjne, objawiły się tego dnia niezwykle realistycznie, wręcz naturalistycznie. A cisza, która zapanowała wokół treści tam zawartych, odezwie się echem głośniejszym w przyszłości. Krzyk ciszy- jak mawiał Jan Oborniak – „kultowy autor” Stanisława Barei.

M. Kędzierski

wernisaż:

wystawa:

 


Łukasz Rudnicki

Studia artystyczne rozpoczął w 1993 roku w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w pracowniach malarstwa prof. Wiesława Kruczkowskiego i rysunku prof. Marka Sapetty.

W 1997 roku został stypendystą Ministra Kultury i Sztuki. W 1998 roku otrzymał dyplom z wyróżnieniem za cykl obrazów i rysunków powstałych pod kierunkiem prof. Zbigniewa Gostomskiego oraz aneks z grafiki warsztatowej  przygotowany w pracowni prof. Rafała Strenta. W 1998 roku został wyróżniony za najlepszą pracę dyplomową na Wydziale Malarstwa nagrodą NSZZ ”Solidarność”. W 2008 otrzymał specjalną nagrodę Rektora Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Od 1996 do 1998 roku pełnił obowiązki asystenta w pracowni rysunku prof. Ryszarda Sekuły w macierzystej uczelni. W 1998 roku został asystentem w tejże pracowni. Od 2007 roku jest doktorem sztuk plastycznych. W 2008 roku otrzymał stanowisko adiunkta, a w 2013 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego.

Jest autorem kilkunastu wystaw indywidualnych, uczestniczył w kilkudziesięciu wystawach zbiorowych w kraju i zagranicą.